„A to zabili nam Ferdynanda…” Zamach w Sarajewie 28 czerwca 1914 r.

Tak dowiedział się o wydarzeniu, które zmieniło obraz świata pan Józef Szwejk, który, choć sam zwykł mówić o sobie: „urzędowo zostałem przez nadzwyczajną komisję lekarską uznany za idiotę. Ja jestem idiota z urzędu”, to był przecież niezwykle trzeźwym i ironicznym obserwatorem wojennego szaleństwa, które ogarnęło Europę w 1914 r. Jak się to mogło wydarzyć, że ogromna burza, która odmieniła kształt świata, obaliła imperia i dała szanse wyzwolenia wielu narodom, zaczęła się od, dość w końcu banalnego, wydarzenia w odległym ówcześnie zakątku Europy – bośniackim Sarajewie?

Jeśli pospacerujemy nabrzeżem przepływającej przez to miasto rzeki Miljacki, to u wylotu Mostu Łacińskiego ujrzymy na budynku mieszczącym dziś Muzeum Sarajewa tablicę upamiętniającą czyn, którego dokonał 28 czerwca 1914 r. Gavrilo Princip, serbski zamachowiec, członek nacjonalistycznego ugrupowania „Czarna Ręka”, chudziutki, niepozorny dziewiętnastolatek. Serbowie od ponad trzydziestu lat sprzeciwiali się panowaniu austriackiemu w Bośni – Hercegowinie. Opanowani nacjonalistycznym dążeniem do budowy Wielkiej Serbii, korzystali z pomocy największego wroga Austrii – carskiej Rosji. Bałkański kocioł, w którym wrzały sprzeczne narodowe ambicje, i pod który ogień podkładały skłócone mocarstwa Europy, stał się bombą podłożoną pod stabilny, zdawałoby się, gmach starego kontynentu. Trzeba było jedynie iskry, która spowoduje detonację…

Arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg, następca tronu monarchii austro – węgierskiej, przybył wraz z żoną do Sarajewa z okazji wielkich manewrów wojskowych. To nie była bezpieczna podróż, wieści o przygotowywanym zamachu napływały od różnych służb wywiadowczych. Mimo to gubernator wojskowy kraju generał Oskar Potiorek nie uznał za potrzebne aby wzmocnić ochronę arcyksięcia. Na trasie jego przejazdu jednego policjanta dzielił od kolejnego dystans ok. 100 m. „Sekretna choroba osłabiła sprawność generalskiego mózgu”, ironizował w swej monografii I wojny znakomity poznański historyk, prof. Janusz Pajewski. Trudno opisać to co działo się na ulicach bośniackiej stolicy inaczej niż słowem – chaos. Arcyksiążęca para jeździła otwartym kabrioletem praktycznie pozbawionym ochrony w tę i we w tę, myląc drogę. Pierwsza próba zamachu zakończyła się niepowodzeniem. Franciszek Ferdynand własnoręcznie zdołał odrzucić granat, który wybuchł pod kolejnym samochodem. Kolejna była już skuteczna. Gdy kierowca po raz kolejny zgubił drogę i usiłował nawracać na wąskim nabrzeżu Miljacki, padły dwa strzały. Jedna kula ugodziła w podbrzusze Zofii, małżonki arcyksięcia, druga rozszarpała mu tętnicę szyjną. „Sopherl! Sopherl! Sterbe nicht! Bleibe am Leben für unsere Kinder! (Zosiu! Zosiu! Nie umieraj! Żyj dla naszych dzieci!), wyszeptał następca tronu. Oboje byli śmiertelnie ranni. Zofia zmarła już w samochodzie, Franciszek Ferdynand chwilę później w pałacu gubernatora. Iskra padła na stos łatwopalnego materiału gromadzonego w Europie od dziesięcioleci. Austria obwiniła o zamach Serbię i wypowiedziała jej wojnę, Rosja wzięła swych serbskich sojuszników w obronę, wkrótce do wojny przystąpiły Niemcy i Francja, wreszcie włączyło się Imperium Brytyjskie. Miesiąc po zamachu europejskie mocarstwa jak kostki domina, jedno po drugim dały się wciągnąć w otchłań konfliktu, którego konsekwencji nikt nie był w stanie przewidzieć.

Wszelako gdy miesiąc wcześniej wieść o zamachu w Sarajewie dotarła do europejskich stolic mało kto był w stanie dostrzec znaki nadciągającej grozy. Współpracownik arcyksięcia, hrabia Ottokar Czernin, tak o tym pisał: „na dworze wiedeńskim więcej było uradowanych niż bolejących. Nie mogli przeczuć, że zmarły pociągnie ich z sobą w upadku, i że rozpętana katastrofa światowa pochłonie ich wszystkich”. Podobno inaczej było w Krakowie: „Mord uczynił wstrząsające wrażenie. Wszyscy rozumieli, że odwraca się jakaś nowa, tajemnicza karta w dziejach ludzkości”, wspominał działacz ludowy Jan Dąbski. Tak, dziejowa zawierucha wielkiej wojny, która wielu narodom przyniosła wyłącznie nieszczęścia, nam dała szansę odbudowy utraconej państwowości. Aby zrozumieć dlaczego tak się stało trzeba cofnąć się w czasie o lat dokładnie sto, gdy na gruzach napoleońskiego imperium rodził się wiek XIX. Mocarstwa, które pokonały samozwańczego cesarza Francuzów uznały, iż najlepszym sposobem uniknięcia na przyszłość takich burz jakie przyniosła Europie rewolucja francuska i napoleoński „lot orła”, będzie stworzenie porządku międzynarodowego opartego na wspólnie wyznawanych, konserwatywnych zasadach. Ten tzw. „porządek wiedeński”, wypracowany podczas obrad „tańczącego kongresu” w stolicy monarchii Habsburgów, gasił wszelkie nadzieje na odbudowę tego co utraciliśmy w wyniku rozbiorów. Podstawą europejskiego ładu miała być zasada równowagi sił między mocarstwami zniechęcająca tych, którzy chcieliby drogą agresji i wojny zmierzać do hegemonii na kontynencie. Ten delikatny mechanizm został skonstruowany bez udziału państwa polskiego, jego ewentualne pojawienie się na mapie Europy musiałoby więc zakłócić jego działanie, zachwiać równowagę. Tego przez wiele dziesiątków lat nikt na naszym kontynencie nie pragnął i taka była główna przyczyna braku poparcia dla polskich aspiracji niepodległościowych.

Wielu Polaków to rozumiało, wiedzieli, że w stabilnej, sytej Europie XIX stulecia nie ma miejsca na polskie państwo. Czuł to już w latach 30-ych tamtego wieku Adam Mickiewicz, który na kartach „Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”, modlił się w nieco dziś bluźnierczo brzmiący sposób: „O wojnę powszechną za wolność ludów – prosimy Cię Panie”. Te trącące narodowym mistycyzmem słowa były jednak efektem politycznej wyobraźni wieszcza, który dostrzegł, że dopóki trwa stabilna równowaga nie mamy szans na zmianę naszej sytuacji. Nadzieję dać nam może dopiero zachwianie porządku wiedeńskiego a drogę do niepodległości otworzyć jego całkowity upadek. Cóż może bardziej skutecznie do tego doprowadzić niż wojna? I nie idzie tu o wojnę, która będzie „przedłużeniem polityki”, jak pisał Clausewitz, konflikt krótki, ograniczony terytorialnie o wyraziście sformułowanych celach. Takich było na przestrzeni XIX stulecia wiele, nic nam nie dały. „Wojna powszechna o wolność ludów” to konflikt totalny, nieograniczony, zdolny obrócić w perzynę cały, wiekowy ład na naszym kontynencie, to wojna światowa, taka jaka zaczęła się w 1914 r.

Jeśli zatem poszukujemy najgłębszych przyczyn, które pozwoliły nam w 1918 r. „wybić się na niepodległość”, to trzeba ich szukać w sferze międzynarodowej. Trudno sobie wyobrazić aby największy nawet wysiłek Polaków, podjęty w momencie gdy nie sprzyjały nam międzynarodowe okoliczności, mógł przynieść sukces. Dowiódł tego przebieg powstań narodowych w XIX stuleciu. Dopiero wtedy, gdy zaczęła się kształtować korzystniejsza koniunktura w Europie, gdy rozpadł się porządek oparty na równowadze sił, gdy mocarstwa rozpoczęły bezwzględną grę o dominację, można było zacząć realnie myśleć o realizacji polskich nadziei. Kiedy nastąpił ten moment? To pytanie jest w zasadzie tożsame z pytaniem o przyczyny wybuchu I wojny światowej, jednym z największych problemów zaprzątających uwagę kilku już pokoleń historyków. Nie da się ich w tym miejscu streścić. Można jedynie powiedzieć, że stabilność Europy oparta na równowadze sił doznała wielkiego ciosu gdy na jej mapie pojawiły się nowe państwa, mocarstwa świeżej daty, które zaczęły rozpychać się łokciami, poszukiwać swego „miejsca pod słońcem” i kontestować dotychczasowy ład europejski. Wyraźnie widać to zjawisko poczynając od lat 60-tych i 70-tych XIX wieku, gdy narodziły się zjednoczone Włochy a nade wszystko zjednoczone Niemcy. Jeśli porównać system równowagi sił do wagi, której szale równoważone są przez odpowiednio rozmieszczone i doskonale wyważone odważniki – państwa, to przecież wiemy, iż wystarczy dostawić nowy ciężarek aby równowaga całego systemu uległa zachwianiu. Bismarck i Garibaldi spełnili aspiracje swych narodów, dołożyli nowe odważniki na szale europejskiej wagi, ale tym samym wprowadzili Europę na ścieżkę wiodącą ku wielkiej wojnie. Śmierć Franciszka Ferdynanda leżała u końca tej ścieżki i uruchomiła procesy już wcześniej przygotowane. Dla jednych narodów wyznaczyła początek największych nieszczęść, dla innych wymarzonego spełnienia.

Gdy nastał wiek XX mało kto nie dostrzegał, że Europa kroczy ku wojnie. Również na ziemiach polskich zaczęto rozmyślać nad tym, jak najlepiej, najbardziej skutecznie, zrealizować w tych okolicznościach nasze potrzeby. Jedno było dla większości oczywiste, starcie tytanów, ku któremu zmierzał kontynent, nie pozostawiało wiele miejsca dla działań całkowicie samodzielnych. Trzeba było na kogoś postawić, związać polskie nadzieje z którąś ze stron nadciągającego konfliktu. Możliwości były w zasadzie dwie: orientacja na państwa centralne, czyli Niemcy i Austrię oraz orientacja na państwa Ententy – Francję, Rosję i Wielką Brytanię. Te kalkulacje były pochodną przeświadczenia o tym kto jest naszym największym wrogiem: Rosja, czy może Niemcy oraz wyznaczenia priorytetów: chcemy przede wszystkim niepodległego państwa, choćby miało objąć tylko fragment ziem zamieszkiwanych przez Polaków, czy chodzi nam raczej o wzmocnienie tożsamości narodowej i zjednoczenie wszystkich Polaków, niechby nawet w granicach jednego z państw zaborczych? Tak podzieleni weszliśmy w czas mickiewiczowskiej „wojny powszechnej”, strzały w Sarajewie uruchomiły historyczny mechanizm, który jednym miał przynieść śmierć i zniszczenie, innym nadzieję i wyzwolenie.

„ A to zabili nam Ferdynanda – rzekła posługaczka do pana Szwejka. (…) Którego Ferdynanda, pani Müllerowo – zapytał Szwejk (…).  Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakieś smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego, co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować. Ależ, proszę pana, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.”
Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Dodaj komentarz