Posted on: 30 sierpnia 2018 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 1

Przeczytałem właśnie komentarz ks. prof. Pawła Bortkiewicza TChr (Bomba atomowa abp. Viganò. Dla Frondy komentuje ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr), dotyczący głośnej w ostatnich dniach sprawy ogłoszenia przez byłego nuncjusza w USA abp. C.M.Vigano oświadczenia zarzucającego papieżowi Franciszkowi, najdelikatniej mówiąc, hipokryzję w traktowaniu hierarchów oskarżanych o nadużycia seksualne. Kwestią tą żyją niektóre media, szczególnie te, które zwykle ostro papieża krytykują. Od razu wyniosły tekst abp. Vigano do rangi „świadectwa” i z nieukrywaną satysfakcją traktują go jako ostateczne potwierdzenie swych wcześniejszych zarzutów. Nie miałem zamiaru pisać o całej sprawie, dość jest o niej komentarzy osób lepiej niż ja zorientowanych w materii eklezjologicznej, etycznej, kanonicznej etc. etc. Wypowiedź ks. Bortkiewicza z kilku względów skłoniła mnie jednak do zmiany decyzji. Jako że jest on moim „kolegą z pracy”, obaj pracujemy na UAM w Poznaniu, choć na różnych wydziałach, pozwalam sobie zwrócić się doń bezpośrednio:

Szanowny Księże Profesorze,

Pozwalam sobie przesłać kilka uwag dotyczących komentarza, który został opublikowany 27 sierpnia na portalu „Fronda”, pod tytułem: „Bomba atomowa abp. Viganò”. Cała sprawa jest wielce bulwersująca i zgadzam się z Księdzem, że zasługuje na poważne potraktowanie, i nie powinna być Boże broń lekceważona. Jednak powody, dla których jestem o tym przekonany są zapewne nieco różne od eksponowanych przez Księdza. Otóż moim zdaniem największy problem z wynurzeniami byłego nuncjusza w Waszyngtonie leży nie w ich konkretnej treści, ale w okolicznościach, kontekście i reakcjach, które wywołały. Już dziś wiemy, że sprawa jest daleka od jednoznaczności i nie ma bynajmniej wymiaru „świadectwa”, a raczej prywatnego oskarżenia. Zostanie, mam nadzieję, zbadana dokładnie i z niezbędną w tym przypadku roztropnością, bo właśnie tej ostatniej brakuje doraźnym komentarzom. Chciałbym wobec tego odnieść się do tych fragmentów wspomnianego komentarza, które nie mają doraźnego charakteru, a dotyczą spraw głębszych, bardziej fundamentalnych. Dodam, że wypowiedź Księdza wydaje mi się szczególnie ważną, gdyż jest to głos uznanego specjalisty w zakresie teologii moralnej, w szczególny sposób powołanego do prezentowania stanowiska Kościoła.  

Najważniejszym zarzutem, który formułuje Ksiądz wobec papieża Franciszka jest to, iż jego postawa: „budzi niepokój. Bo nie jest to cokolwiek, co umacniałoby braci w wierze”. Odnosi to Ksiądz wprost do mniemanego braku konsekwencji i jednoznaczności Ojca św. w kwestiach etyki seksualnej.: „Jeśli Franciszek choćby sugeruje, że „Humanae vitae” domaga się reinterpretacji, to podważa podstawy katolickiej etyki seksualnej […] osłabia wiarę ludu Bożego”, tak zostaje to przez Księdza ujęte. Czy faktycznie można uznać normy zawarte w „Humanae vitae” za ponadczasowe i niepodlegające jakiejkolwiek reinterpretacji? Encyklika papieska nie jest aktem nieomylnym, aczkolwiek ma wielką wagę i nie powinna być lekceważona przez członków wspólnoty Kościoła. Tym niemniej wyraża często nauczanie Kościoła powiązane z określoną epoką, jej zasadami, konwenansami i fobiami. Zastanawiam się jak odebraliby katolicy przełomu wieków XIX i XX, czasów wiktoriańskiej moralności, myśli Karola Wojtyły z „Miłości i Odpowiedzialności”, rozwijane później przez niego w nauczaniu papieskim, kontynuowane przez Benedykta XVI, przyznające wartość aktowi seksualnemu poza wyłącznym wymiarem prokreacyjnym? Uznanie, że seksualny akt małżeński jest przeżyciem miłości nienaruszającym czystości, że nie brudzi, że nie jest tylko smutną koniecznością ratującą ułomnego człowieka przed pożądliwością. Jakżeż długo obowiązywało konsekwentnie, przez stulecia utrzymywane nauczanie mówiące, iż stosunki małżeńskie, których celem byłoby przeżycie obopólnej przyjemności, a nie przede wszystkim prokreacja, należy traktować jako grzech śmiertelny. Być może musimy pogodzić się z tym, że pewne elementy nauczania Kościoła, które nie maja dogmatycznego charakteru, mogą ulegać korektom. To, co dziś mówią najwyższe kościelne autorytety, byłoby kilkadziesiąt lat temu uznane za herezję. Nie mogę zatem zgodzić się ze stanowiskiem Księdza, że jakakolwiek reinterpretacja doktryny seksualnej Kościoła wyrażona przed pół wiekiem oznacza „osłabianie wiary ludu Bożego. Gdyby tak być miało, to wszelkie działania na drodze do aggiornamento Kościoła należałoby a priori potępić. Cóż zatem począć ze św. Janem XXIII i jego dążeniem do „strząśnięcia z tronu św. Piotra kurzu, który zgromadził się tam od czasów Konstantyna?”

Pragnienie aby doktrynę i rytuał Kościoła uczynić łatwiejszym do zrozumienia dla człowieka współczesnego nie sposób uznać za sprzeczne z „umacnianiem braci swoich w wierze”. Franciszek, który mówi, iż niektóre elementy liturgii, formy pobożności i sposoby jej wyrażania nie mają bynajmniej ponadczasowego charakteru, że być może w przyszłości przyjdzie nam zastąpić drogę krzyżową, gorzkie żale, peregrynacje obrazów, niektóre formy kultu świętych, nowymi formami uzewnętrzniania wiary, nie głosi żadnej herezji. On po prostu rozumie i stara się przełożyć na język kościelnej praktyki przekonanie, iż niezachwiana, sztywna, defensywna wiara, która każdą formę wątpienia uważa za grzech, wiedzie wprost ku zasadniczemu zwątpieniu, że łatwiej złamać to co sztywne niż to co giętkie. Tak pisze ks. T.Halik: „Obawiam się i unikam niezachwianych, ponieważ czuję od nich chłód śmierci i wrogości wobec życia, wobec jego dynamiki, ciepła i różnorodności. […] Nic na to nie mogę poradzić: za murem ich niezłomności wyczuwam kurczowo tłumione pytania i nierozwikłane problemy, nierozstrzygnięte wewnętrzne konflikty, przed którymi daremnie szukają oni ucieczki w walce z inaczej myślącymi. […] Może właśnie ten, kto nie zajął sztywnego stanowiska, kto pozwala aby w nim samym pulsowały wszystkie drgania i wstrząsy epoki – a przy tym stale na nowo stara się szukać punktu ciężkości i równowagi – tak łatwo nie upadnie.” Co to dziś znaczy „umacniać braci w wierze”? Stać na straży niezmienności doktryny, która w wielu swych fragmentach podlega przecież zmianom, czy dzielić ze swymi braćmi ich współczesne problemy, rozumieć ich zwątpienia, leczyć rany i ukazywać Kościół jako „szpital polowy”? Nie mam wątpliwości, że to raczej papież Franciszek umacnia w wierze człowieka naszych czasów, aniżeli ci, którzy każdą próbę zrozumienia jego dylematów uważają za: „zdradę nauczania Kościoła”

Najbardziej w komentarzu Księdza bulwersuje mnie jednak inna kwestia, wrażenie, iż stawiany jest w nim na jednym poziomie grzech pedofilii i grzech homoseksualizmu. Pisze Ksiądz: „Zarówno pedofilia, jak i homoseksualizm mają wspólny mianownik. Jest nim sprowadzenie seksualności do wyłącznie wymiaru zaspokojenia przyjemności, hedonizmu. […] Jeśli się temu zaprzecza, pojawia się przyzwolenie na taki model seksualności, który może być zaspokojony przez osobę nieletnią, tej samej płci, osobę „zmieniającą” płeć, ale także inne artefakty, przedmioty zaspokojenia seksualnego”. Sugeruje Ksiądz również, że hipokryzją jest piętnowanie pedofilii bez jednoczesnego potępiania grzechu homoseksualizmu i pisze: „Zdecydowanie większym grzechem, jeśli idzie o skalę zjawiska w Kościele jest homoseksualizm”. Czy rzeczywiście twierdzi Ksiądz, jako profesor teologii moralnej, że akt homoseksualny dokonany z osobą dorosłą, zgodnie z jej wolą i przyzwoleniem może być zakwalifikowany moralnie tak samo jak akt pedofilski? Chcę wierzyć, że to skrótowy i publicystyczny charakter komentarza internetowego nie pozwolił Księdzu uwzględnić wszystkich subtelności i zaowocował wypowiedzią, mówiąc delikatnie, pozbawioną niezbędnej ścisłości. Katechizm Kościoła katolickiego nie definiuje jako grzechu samej skłonności homoseksualnej, a jedynie akt tę skłonność spełniający. Jak wobec tego rozumieć słowa o „homoseksualizmie jako grzechu”? Czy nie dostrzega Ksiądz, iż stawiając na jednym poziomie czyny o różnej kwalifikacji etycznej wkraczamy na prostą drogę do relatywizacji tych, które są cięższym występkiem przeciw Bogu i człowiekowi? Kreowanie obrazu wszechmocnej „lawendowej mafii” w Kościele, o której możemy wyrokować na podobnym poziomie racjonalności, co o wszechwładzy masonów i Żydów jest w istocie próbą zamazania straszliwego zła pedofilii, zła wobec którego bez wątpliwości możemy zastosować słowa Chrystusa: „A kto by zgorszył jednego z tych maluczkich, którzy wierzą, temu lepiej by było, by zawiesić na jego szyi kamień młyński, a jego wrzucić do morza” (Mk.9.42).

Kończąc swój komentarz, pisze Ksiądz: „Wiara Kościoła nie jest budowana na opcji preferencyjnej na rzecz ubogich czy uchodźców. To jest wiara budowana na Chrystusie, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. To jest wiara budowana na Bogu Miłości, która jest darem i ofiarą, a nie na aprobowaniu zaspokojenia przyjemności seksualnej.”   Trudno mi nie uznać tych słów za przejaw publicystycznego zacietrzewienia, bo przecież sformułowanie „opcja preferencyjna na rzecz ubogich” jest podstawą społecznego nauczania Jana Pawła II wyrażonego w encyklice „Sollicitudo rei socialis”. Ten sam papież  nie pozostawił wątpliwości co do przyjmowania uchodźców: „należy postępować w taki sposób, aby imigranci niechrześcijanie zawsze znajdowali u chrześcijan jednoznaczne świadectwo miłości Boga w Chrystusie. Powinni oni doznawać przyjęcia tak serdecznego i bezinteresownego, ażeby pobudziło ich to do refleksji nad religią chrześcijańską i motywami owej wzorowej miłości”, pisał w Orędziu na Światowy Dzień Migranta w 1988 r. Sugerowanie jakiejkolwiek opozycji między „opcją preferencyjną na rzecz ubogich czy uchodźców” a „wiarą budowana na Chrystusie, który jest Drogą, Prawdą i Życiem” uważam zatem za schlebianie dzisiejszym, zmanipulowanym przez polityków, nastrojom społecznym, jakże dalekim od nauczania społecznego Kościoła.

Gdy czytałem słowa Księdza profesora, przypomniał mi się pewien stary dowcip, który usłyszałem niegdyś z ust dziś już nieżyjącego, a wielce świątobliwego kapłana. Był otóż pewien proboszcz, człek wielce zasadniczy i pozbawiony cnoty wyrozumiałości. Kazania, które głosił były pełne potępień i moralnego rygoryzmu. Wierni, jego zdaniem, winni przede wszystkim unikać jakichkolwiek okazji do grzechu i być jak najmniej „światowi”. Pewnego dnia po zakończeniu Mszy św. przyszedł do zakrystii pewien parafianin i podzielił się z kaznodzieją pewną wątpliwością. „Księże proboszczu kochany, rzekł, jak to jest, że każe nam ksiądz unikać tych, którzy żyją na bakier z Kościołem, a przecież Pan nasz przestawał z celnikami i o zgrozo – prostytutkami?” Riposta była szybka i nie pozostawiała wątpliwości: „A my mu tego nie pochwalamy…”. Ciekawe, czy wyszedł ów parafianin umocniony w wierze?

comments

1 people reacted on this

Leave a Comment