Posted on: 1 lutego 2018 Posted by: Paweł Stachowiak Comments: 0

Jesteśmy się w ostatnich dniach świadkami szczególnej gry, gry historią, która stała się obiektem sporu miedzy Polską a Izraelem. To wszystko co dziś obserwujemy tliło się od dawna. My staraliśmy się budować obraz Polski i Polaków jako narodu ofiar, który podobnie jak Żydzi złożył wielką daninę krwi. Dążyliśmy do tego aby piętnować wszelkie próby obciążania nas współodpowiedzialnością za Holocaust, skwapliwie poszukiwaliśmy wszelkich przypadków nazywania obozów śmierci „polskimi” i piętnowaliśmy je. Usiłowaliśmy szerzyć świadomość jak niebezpieczna była pomoc Żydom w okupowanej Polsce i ilu Polaków, pomimo tego, wykazało się bohaterstwem w dziele ratowania swych żydowskich bliźnich. Jakże nam zależało aby świat dowiedział się, że mamy najwięcej drzewek w Yad Vashem.  Chcieliśmy aby świat ujrzał w nas ofiary, nie katów. I wszystko na nic.

Wystarczyła próba zmiany ustawy o IPN zawierająca następujący zapis: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie […] lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3”, aby cały wysiłek wielu poprzednich lat rozsypał się w proch. Chyba nigdy w sferze debaty publicznej licznych krajów nie pojawiało się tak często pojęcie „polskich obozów zagłady”, jak teraz właśnie. To co pragnęliśmy wyeliminować ze słownika używanego przez polityków, dziennikarzy i naukowców wróciło z przemożną siłą. W ostatnich dniach pisano i mówiono o „polskich obozach” częściej niż kiedykolwiek wcześniej.

Po co nam to było? Ktoś powie: musimy walczyć o nasze dobre imię, nie możemy pozostawiać bez reakcji słów fałszujących historię, jawnie kłamliwych, szerzących fałszywe stereotypy. Trzeba walczyć, reagować, grozić, karać bo inaczej za lat kilkadziesiąt nikt już nie będzie wiedział kim byli owi „naziści”, ale doskonale kojarzył będzie Polaków, którzy zbudowali w swym kraju owe obozy, wcielenie zła absolutnego. Tak, zapewne winniśmy tę walkę prowadzić, bowiem nic tak nie szkodzi naszemu wizerunkowi na świecie jak owa fatalna łatka narodu antysemitów. Cóż, chcieliśmy dobrze, wyszło jak zawsze. Zamiast budować pozytywny obraz kraju i ludzi, którzy nie boją się stawać w prawdzie własnych zasług i win, zamiast kontynuować piękną tradycję krytycznej autorefleksji zapoczątkowaną przez Jerzego Turowicza, Jana Błońskiego, przez uczestników debaty o Jedwabnem, zechcieliśmy odwołać się do Kodeksu Karnego.

Tak, to prawda, że podobno nikt nie chce karać naukowców, tłumić swobodę badań, kneblować uczestników debat historycznych, ale kto zagwarantuje, że wieloznaczne zapisy ustawowe nie spowodują w przyszłości takiego efektu, kto zapewni, że badacze i publicyści sami nie założą sobie knebla autocenzury? Nie wiem, doprawdy nie wiem, po co regulować kwestie historyczne drogą stanowienia prawa. Zawsze wydawało mi się absurdem orzekanie przez sejm, że ten i ów „dobrze zasłużył się ojczyźnie”, że taka a nie inna interpretacja naszych dziejów jest słuszna albo nie, że ten był bohaterem a tamten zdrajcą. To nie parlament kształtuje przestrzeń ludzkiej pamięci, to nie posłowie mają moc ustanawiania historycznej prawdy! Karać trzeba, ale za mowę nienawiści, za wzywanie do przemocy wobec inaczej myślących, za budzenie demonów narodowej i społecznej agresji, ale nie za poglądy, nawet najbardziej absurdalne.

Dziś uznamy, że na karę zasługuje ten, który będzie mówił o udziale Polaków w Zagładzie, jutro może zechcemy penalizować poglądy krytyczne wobec działań „żołnierzy wyklętych”. Zastanówmy się, czy gdyby dziś prof. Jan Błoński opublikował swój słynny tekst z 1987 r. „Biedni Polacy patrzą na Getto”, tekst, który legł u podstaw stosunku wielu osób, także mnie, do własnej narodowej tradycji, jej blasków i cieni, który ustanowił szlachetny, wielkoduszny ton refleksji o naszej przeszłości, czy przypadkiem nie postawiono by go przed sądem, gdyż: „przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie”. Wczytajmy się w słowa Błońskiego: „Myślę, że w naszym stosunku do żydowsko-polskiej przeszłości winniśmy […] przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić, za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowanie polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni. Przyjęliśmy Żydów do naszego domu, ale kazaliśmy im mieszkać w piwnicy. Kiedy chcieli wejść na pokoje, obiecywaliśmy, że wpuścimy, jeśli przestaną być Żydami […]. Wreszcie straciliśmy dom i w tym domu okupant zaczął Żydów zabijać. Czyśmy im solidarnie pomogli? Ilu z nas uznało, że to nie ich rzecz! Byli też tacy co się po cichu cieszyli, że Hitler załatwił nam „problem” żydowski… Nie umieliśmy nawet powitać i uszanować niedobitków, cóż z tego, że rozgoryczonych, zbłąkanych, może i dokuczliwych. Słowem, miast się targować i usprawiedliwiać, winniśmy najpierw pomyśleć o sobie, o własnym grzechu czy słabości.

Taki właśnie moralny przewrót jest w stosunku polsko-żydowskiej przeszłości konieczny. Tylko on może stopniowo oczyścić skażoną ziemię. […] Słyszę już wołania: jak to? Przecież myśmy, na Boga, nie brali w ludobójstwie udziału! Tak, to prawda, odpowiem. Nikt rozsądny nie może powiedzieć, że Polacy – jako naród – brali w ludobójstwie udział. Co prawda, odzywają się czasem takie głosy. I należy je spokojnie rozważyć, nie popadając w gniew – znak paniki. Uważam je wszakże – razem ze znaczną większością – za niesłuszne. Więc dlaczego mówić o ludobójstwie? O współ-winie? Odpowiem tak: współ-udział i współ-wina to nie jest to samo. Można być współ-winnym, nie biorąc udziału w zbrodni. Najpierw przez zaniechanie czy przeciwdziałanie niedostateczne. A kto może powiedzieć, że było ono w Polsce dostateczne? Właśnie dlatego, że dostateczne nie było, składamy hołd i otaczamy czcią tych wszystkich, którzy to heroiczne ryzyko podjęli… Chociaż dziwnie to zabrzmi, nie wykluczone, że ta współwina przez zaniechanie jest mniej istotna dla naszego pytania. Gdybyśmy bowiem – w przeszłości – postępowali mądrzej, szlachetniej, bardziej po chrześcijańsku, ludobójstwo byłoby zapewne „mniej do pomyślenia”, byłoby prawdopodobnie utrudnione a już niewątpliwie spotkałoby się ze znaczniejszym oporem. Inaczej mówiąc, nie zaraziłoby obojętnością i zdziczeniem społeczeństwa (społeczeństw), w przytomności których miało miejsce.”  Któż nam zagwarantuje, że te słowa, niczym w spiżu ryte, nie zostałyby dziś uznane za „rażąco pomniejszające odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni” i obłożone „karą grzywny lub karą pozbawienia wolności do lat 3”?

Pytanie zawarte w tytule jest oczywiście prowokacją. Zapomnieć nie wolno i nie można, pamięć to jeden z podstawowych obowiązków naszej wiary, naszej kultury i moralności. Jednak warto sobie zadać inne pytanie: czemu pamięć ma służyć? Pojednaniu, czy rozpamiętywaniu win i krzywd, czy ma budować kulturę spotkania, czy kulturę obcości? Czy wolno wykorzystywać przeszłość do realizacji doraźnych, politycznych celów? Czy godzi się wikłać niewinne ofiary w nasze, nawet z pozoru ważne, potrzeby i interesy? Czy opłaca się, walcząc o nasze dobre imię, narażać na konfrontację z potomkami ofiar? Możemy bowiem w ten sposób uwolnić demony, które, jak sądziliśmy, już na dobre zamknęliśmy w szczelnych butelkach. Któż mógł przypuszczać, że mogą pojawić się w polskiej publicznej przestrzeni słowa o „żydowskich parchach”, słowa wyjęte z najbardziej ohydnej antysemickiej retoryki lat 30-ych i roku 1968, i że wypowie je czołowy publicysta obozu sprawującego dziś władzę, że mnożyć się będą żydożercze komentarze w internecie, że wyleje się nienawistna żółć. Przyzwolenie na publiczne okazywanie nienawiści wobec Innych, którą obserwowaliśmy ostatnio na przykładzie kampanii antyuchodźczej, znalazło teraz swoje ujście w kloace antysemityzmu. Zapłacimy za to wszyscy, zapłacimy drogo!

comments

Leave a Comment