Posted on: 7 maja 2016 Posted by: Redakcja Comments: 0

WNIEBOWSTĄPIENIE PAŃSKIE
Łk 24,46-53

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jeruzalem. Wy jesteście świadkami tego.

Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie przyobleczeni w moc z wysoka».

Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce, błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba.

Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jeruzalem, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga.

Po Zesłaniu Ducha Świętego Apostołowie często mówili o sobie jako o świadkach Zmartwychwstałego. Pomimo tego, że żaden z nich nie był przy fakcie Zmartwychwstania, żaden nie widział tego na własne oczy. Ale każdy spotkał Jezusa Zmartwychwstałego i to stało się dla nich dowodem na to, że Chrystus prawdziwie pokonał śmierć i żyje. Bycie świadkiem to był ich nowy cel, nowa tożsamość.

 

Przypatrując się fragmentowi ewangelii z dzisiejszej niedzieli w nieco szerszym kontekście możemy zauważyć, że w przekazie Łukasza, w miejscach gdzie opisuje reakcje uczniów na Zmartwychwstanie pewien motyw jest niezmienny. Kiedy kobiety powróciły od grobu Jezusa i opowiedziały im o spotkaniu z mężczyznami w lśniących szatach, Apostołowie uznali, że nie mogą im wierzyć. Piotr wybrał się więc do grobu osobiście, gdzie zdziwił się tym, co zobaczył, jakby nie mogąc uwierzyć w to, że spełniły się zapowiedzi Jezusa. Uczniowie idący do Emaus są zdumieni i przestraszeni na wiadomość o zmartwychwstaniu. Inni patrzyli z trwogą i strachem na ukazującego się Zmartwychwstałego. Nawet jeśli kazał się dotknąć to nadal nie mogli uwierzyć (można próbować się pocieszać, że co prawda wtedy już z radości a nie z przerażenia). Oni nie dowierzają. Potrzebują mocnych dowodów, że to jest ich Pan, realnie, w prawdziwym ciele, że nie wmówili sobie po prostu własnych pragnień na tyle sugestywnie, że uznali za fakt, który nie zaistniał, że nie ulegli halucynacji, że nie wykazali huraoptymizmu na podstawie pogłosek. Łukasz chce nas przekonać, że apostołowie nie uwierzyli bezkrytycznie.

 

Można zatem nie dowierzać Bogu. A Bóg nie obraża się urażony i nie wychodzi przez drzwi (a mógłby nawet przez zamknięte), ale nie przestaje pokazywać się i dawać znaki tego, że jest Bogiem Żywym. Zależy Mu na tym, by nawiązać prawdziwą, osobistą relację.

 

Jezus odchodzi od Apostołów, ale dopiero wtedy, kiedy otworzył ich umysły i serca na przyjęcie tego, że wypełniły się Pisma, że ich Nauczyciel jest Mesjaszem. I chociaż opis wniebowstąpienia kończy pierwsze dzieło Łukasza to nie jest końcem opowieści o głoszeniu Ewangelii. Autor kończy, by za chwilę w Dziejach Apostolskich zacząć od tego momentu, w którym kończy Ewangelię, od opisu posłania „obietnicy mojego Ojca”.

 

I Apostołowie zrozumieli, że odejście Chrystusa nie było definitywnym końcem dzieła zbawczego. Zawiera się w nim przygotowanie poprzez Stary Testament, działalność, Męka, Śmierć i Zmartwychwstanie Syna Bożego, ale także głoszenie Ewangelii aż po krańce ziemi i krańce czasów przez świadków Zmartwychwstałego.  Znika cielesna postać Chrystusa, teraz Jego uczniowie mają zadbać o to, by był On widoczny na ziemi.

 

Każdy z nas otrzymuje Ducha Świętego w sakramentach czy kiedy osobiście zwraca się z prośbą do Chrystusa o wylanie Ducha i każdy z nas powinien odkryć w sobie tą tożsamość, co Apostołowie – tożsamość świadka Zmartwychwstałego wobec innych ludzi. Ale nie da się tego autentycznie zrobić tylko przez znajomość i wykładanie teorii. Ważne jest, by spotkać Go osobiście w swoim sercu, przeżyć Jego obecność w moim życiu, odnaleźć Go w swoich ciemnościach, zaprosić i przesiedzieć nie jedną noc we własnej izdebce… wtedy tylko nauka będzie miała siłę przekonywania. Własnym życiem i własnymi czynami (a dlaczego by nie cudami? ) mamy napisać dalszy ciąg Ewangelii o Jezusie Chrystusie, którzy przeszedł przez ziemię ludziom dobrze czyniąc.

 

Jestem ochrzczony, to znaczy, że jestem chrześcijaninem. Prawda? I tak i nie. Nie wystarczy tkwić w Kościele, by być kimś kto, jako swoje bierze miano od imienia Chrystusa. Chodzi o to, by obecność ta była zaznaczona wiarą, opartą na mocnym fundamencie osobistych mniej lub bardziej burzliwych przemyśleń, wyborów i przeżyć. Myślę, że analogicznie, tak jak uczniowie szukali dowodów na to, że spotkali prawdziwie Zmartwychwstałego tak inni, wierzący i niewierzący, mają prawo domagać się od nas dowodów i to nie tylko tych teoretycznych, na to, że jesteśmy chrześcijanami, że nasze życie jest tożsame z Ewangelią Jezusa Chrystusa, że On jest Żywy. Niewielu potrzebuje teoretycznego Chrystusa. Ale każdy potrzebuje Zmartwychwstałego. I jeśli z takim Chrystusem utożsamimy swoje życie – bo przecież chrześcijaństwo to życie, a nie tylko część życia – to nigdy nie narazimy siebie i innych, na wątpliwość, że „żywych” chrześcijan już nie ma.

comments

Leave a Comment