Posted on: 28 stycznia 2018 Posted by: Justyna Nowicka Comments: 0

W Poznaniu jesteśmy już po klubowej wymianie myśli i dyskusji na fragmentem książki „Tischner czyta katechizm”. Nie będzie to usystematyzowany wykład, ale podzielę się kilkoma myślami.

Moje myśli krążyły w czasie tego spotkania wokół pytania: po co tak zwanemu „lewakowi” Kościół? Po co Kościół komuś kto, chce decydować, zastanawiać się, pytać, wybierać, kto chce mieć osobistą relację z Bogiem? Wielu uważa, że zadawanie pytań jest bardzo niebezpieczne, bo można zbłądzić, bo można uznać coś innego za bardziej lub równie atrakcyjnego. Jest to oczywiście część prawdy. Ale tylko część.

Antropologiczny przewrót

Wiara, zgodnie z określeniem z Katechizmem Kościoła Katolickiego, jest odpowiedzią daną Bogu, na pytanie, które Bóg osobiście kieruje do każdego człowieka. I dlatego każdy człowiek ma prawo do swojej odpowiedzi, do osobistego jej poszukiwania, do wsparcia Kościoła w tym poszukiwaniu oraz do zgody na to, że może poszukiwać w taki sposób, w jaki potrafi. Może jako tradycjonalista, może w pobożności ludowej, ale ma też prawo do intelektualnego rozumienia swojej wiary i Kościoła. Żyć wiarą, która gdzieś szuka zrozumienia.

Ksiądz Tischner w swojej książce pisze o przewrocie w Kościele, który nastąpił – ujmijmy to symbolicznie – wraz z Soborem Watykańskim II. Już nie litera prawa jest najważniejsza, ale człowiek. Nie ślepe posłuszeństwo, ale odpowiedź i wierność.

Mam prawo ufać hierarchom

Na przestrzeni wieków Kościół zmieniał zasady. Nie dotyczy to oczywiście dogmatów, ale chociażby celibatu, postrzegania niektórych poglądów (np. heliocentryzm, osobista lektura Pisma Świętego) za niezgodne z nauką Kościoła. Może to rodzić pytanie, co jest prawdą? W co mamy wierzyć? Z jednej strony prostsze wydaje się, podanie pewnego kanonu przekonań i egzekwowanie wierności wobec niego. Ale z drugiej strony, czy człowiek współczesny (postmodernistyczny, ponowoczesny) potrafiłby zrezygnować z refleksyjności? Czy człowiek z Klubu „Tygodnika Powszechnego” potrafiłby tak po prostu już więcej nie pytać, nie szukać uzasadnienia? Myślę, że wiele nie przesadzę, jeśli powiem, że byłoby to wewnętrznym samobójstwem.

Nawet jeśli nauczanie Kościoła podlega ewolucji a momentami rewolucji. Nawet jeśli czasami jest dla mnie nie jest zrozumiałe dlaczego w ten, a nie inny sposób podejmowane są decyzje. Nawet, jeśli nie rozumiem dlaczego w ten sposób przedstawiana jest Ewangelia. Mam prawo ufać hierarchom, że są wierni Ewangelii i natchnieniom Ducha Świętego. Mam prawo ufać, że kierują się tylko najwyższym dobrem każdego członka Kościoła, że to co robią jest tylko po to, by wskazywać drogę Ewangelii, drogę Królestwa Bożego. I tak samo, jak każdy z nas będą odpowiedzialni przed Bogiem, za świadome wprowadzanie innych w błąd.

Wolność nierozerwalnie zawiera w sobie ryzyko błędu. I żaden człowiek, nigdy nie będzie od tego ryzyka wolny.

Hierarcha ma prawo mi zaufać

Z poszukiwaniem odpowiedzi z jednej strony związany jest lęk: czy dobrze robię? Być może też lęk hierarchów, duszpasterzy, że gdy damy ludziom zbyt dużą przestrzeń, zbyt wiele możliwości wyboru, to czy nie wybiorą czegoś innego niż Kościół? A co jeśli uznają, że biskup i papież nie są im potrzebni?

Jest to lęk o tyle chybiony, że człowiek i tak, za przyzwoleniem hierarchii czy nie, może wybrać bycie poza Kościołem. Dokonują tego ludzie z pogłębioną refleksją, którzy dociekają, drążą i żyją pytaniami, ale też ci, którzy kierują się impulsem, osobistym przeżyciem, powierzchownie konstruowanymi przekonaniami. Czy zatem Kościół jest bezradny?

W pewnym sensie tak. Jest bezradny, jeśli chodzi o osobisty wybór człowieka. Tak jak bezradny jest Bóg, wobec ludzkiego „nie”, które może paść w odpowiedzi na osobiste pytanie, które Bóg kieruje do każdego człowieka. Ale Bóg wciąż na nowo odradza swój kredyt zaufania do człowieka. Pomimo tego, że ten często zupełnie na niego nie zasługuje. Podobnie może zrobić Kościół, biskup, ksiądz. I wreszcie ja sam w stosunku do siebie. Zaufać, bo skoro Bóg mi ufa, to oznacza, że mam wystarczające możliwości, by wybrać dobrze.

Potrzeba nam pewnej pokory, która polega na tym, że uznaję fakt, że nie jestem nieomylny. Że inny człowiek Kościoła ma prawo mi powiedzieć „stop, idziesz za daleko”. Kościół daje pewne ramy dla wolności tych poszukiwań. Takimi nienaruszalnymi fundamentami są dogmaty.

Marzę o Kościele, który mi ufa, że nawet jeśli zapuszczam się na obrzeża i staję na krawędzi, to chcę w tych ramach pozostać. A jeśli przekroczę – powrócić. Marzę o Kościele, który będzie mi ufał, kiedy mówię – potrzebuję was księża, biskupi, papieże, doktorzy kościoła, apostołowie. Potrzebuję, by wam ufać. I dlatego, że wam ufam mogę się z wami spierać i w ten sposób szukać mojej odpowiedzi wiary, którą co dzień daję Bogu. Tylko dlatego mogę się z wami spierać, bo wiem, że mnie nie okłamiecie. Wiem, że nie będę okradziona z mojej wolności. Wiem, że towarzysząc mi w poszukiwaniu nie chcecie mnie wprowadzić na ślepe tory.

 

 

 

 

comments

Leave a Comment