Posted on: 2 kwietnia 2012 Posted by: Jolanta Elkan-Wykurz Comments: 0

Chcę wspomnieć owe niezwykłe dni z tymi, którzy pamiętają: od momentu wstrząsającego, niemego błogosławieństwa Urbi et Orbi z okna – do  godziny 21.37 pierwszej soboty miesiąca oraz nierozerwalnej z nią nocy z soboty na niedzielę miłosierdzia. Tej nocy, Ojciec wchodząc do nieba, przyciągnął je na ziemię do nas. Tej nocy byliśmy w niebie. Tydzień później odbył się niezwykły pogrzeb.
Ile napisano o tych ostatnich Jego dniach! Szczególnie lubię książkę Janusza Poniewierskiego o gestach Jana Pawła II, a w niej fragment o ostatnim geście niemego błogosławieństwa.

Błogosławieństwo. Przezwyciężając swoją ciężką , unieruchamiająca Go chorobę Jan Paweł II chciał uparcie, z pasją do ostatniej możliwości, a nawet niemożliwości być z nam i nam błogosławić, choć nie mógł już wydobyć głosu. To charczące, bezgłośne zdenerwowanie, bezsilne zmaganie się z cielesną przeszkodą nie do pokonania, gdzie tylko pozostał gest ostatniego znaku krzyża dla nas- własnego krzyża – był chyba najbardziej wstrząsającym, najbardziej przenikającym serce błogosławieństwem naszych czasów. Ale to nie był ostatni gest. Tym był zatykający dech w piersiach cud z księgą Pisma Świętego na prostej trumnie, cud Słowa zamkniętego w materialnych kartach Księgi, dramatycznie ożywionych przez wicher. Słowa, które wybuchnęło jak ostatni płomień ogniska i bez żadnej ludzkiej pomocy samo zamilkło-zamykając księgę ręką wiatru. Wiatru, albo Wichru Ducha. Czas ten i to wspomnienie ma dla mnie wymiar osobisty.
W tym samym czasie na tę samą (czy podobną) chorobę chorował mój mąż. Siedział na wózku przed ekranem telewizora i chłonął wszystko, co się działo z Nim, jego Wielkim Przewodnikiem.
Zmarł półtora roku po Nim. Przez ostatnie dwa miesiące nie tylko nie mógł mówić, ale znieruchomiał całkowicie. W ostatnich tygodniach nawet gałki oczne odmówiły mu posłuszeństwa – jakby wziął na siebie(albo: Bóg mu podarował) przedłużenie Tamtej agonii.
W czasie ostatniej choroby Papieża bywały głosy, że ten niesprawny, złamany fizycznie starzec na wózku, z wszystkimi nieprzyjemnymi dla oka objawami swojej choroby powinien już przejść na emeryturę. Nie powinien pokazywać się publicznie: niesmaczne, żenujące takie wystawianie słabości na pokaz – mówiono.
Dla mnie (i dla wielu z nas) to heroiczne trwanie na posterunku, służba do końca, ze świadomością swoich dolegliwości, wstydliwych i dla oka nieprzyjemnych  było najpiękniejszym, największym świadectwem.  Było także wyzwaniem, aby nie ulegać presji wygładzonego świata z okładek, presji taniej, lalkowatej estetyki; nie ulegać temu systemowi wartości, który każe usuwać sprzed zdrowych oczu ludzkie cierpienie i wstydliwie ukrywać umieranie. Nie ulegać panicznemu lękowi przed własnym bólem, niedołęstwem, bezradnością i zależnością fizyczną od innych, a wreszcie – śmiercią.
Dla najbliższego mi człowieka, dotkniętego podobną niemocą, świadectwo to było umocnieniem i wzorem, a choroba i jej dolegliwości stały się dla niego powodem do dumy; był to także jakiś tajemniczy znak dla rodziny i przyjaciół, którzy mówili: „on jest jak Papież…”
Ilu ludzi, umierając w taki sposób (ale też umierając po prostu), nie uległo degradacji? Ilu otrzymało wielką siłę płynącą z Tego wzoru, z tej niebywałej, o szerokim zasięgu lekcji borykania się z własną słabością i umierania? Umierania, które było życiem godnym, twórczym, życiem po prostu potrzebnym do samego końca, służbą do ostatniego tchu.
Janie Pawle, uśmiechnięty, skory do żartów Ojcze, w naszych udrękach, w naszych słabościach, w naszym wstydzie i zależności, w naszych bólach i umieraniu- wymódl nam odwagę, wytrwałość, moc i humor do końca!

comments

Leave a Comment