Posted on: 10 czerwca 2020 Posted by: Kazimierz Urbańczyk Comments: 0

11 czerwca przypada  60. rocznica święceń kapłańskich księdza Adama Bonieckiego. Z tej okazji przypominam dawne dzieje.

Większość przypadków z duszpasterskiej pracy ks. Adama Bonieckiego została opisana i opublikowana 10 lat temu, w książce „Zaczęło się u św. Anny”. Z uwagi jednak na jej niedostępność, spróbuję co nieco z owych spraw przypomnieć, częściowo własnymi słowami, częściowo cytując źródła.

Młody zagadkowy duszpasterz

Był rok akademicki 1964/5, gdy ks. Adam, nikomu jeszcze nie znany, rozpoczynał pracę w Duszpasterstwie Akademickim przy św. Annie w Krakowie. Jak był widziany?

Andrzej Kosiek zachował w pamięci mglisty zarys pierwszego kontaktu z kapłanem młodym, trzydziestoletnim, z wykształcenia socjologiem. Nosił on okulary a na ramionach rodzaj długiej czarnej peleryny. Był osobą lekko zagadkową, trochę zamkniętą i tajemniczą, ważącą słowa, czym mocno onieśmielał. Wieść niosła, że bardzo lubi góry, uprawia wspinaczkę taternicką i pali fajkę.

Ks. Adam należy do tych absolwentów KUL, którzy wynieśli stamtąd niechęć do katolicyzmu buńczucznego, tryumfalnego, z rozwianymi sztandarami, do katolicyzmu roszczeniowego, do katolicyzmu na pokaz, do katolicyzmu posługującego się przymusem czy do katolicyzmu zamkniętego w swej pewności.

Bo i jakiż mamy powód do tryumfu?  Co z tego, że kościoły są pełne w niedziele, jeśli ludzie wypełniający kościoły, żyją na co dzień z przykazaniami na bakier?  Z racji, że jesteśmy katolikami i że katolicy stanowią 90% ludności Polski nie wynika wcale, że nam się należą jakieś szczególne prawa… A jeśli nie potrafimy żyć zgodnie z przykazaniami, to nie afiszujmy się swym katolicyzmem, bo możemy innych zgorszyć, niekonsekwencją swego postępowania, możemy wyjść na hipokrytów (KU).

Ks. Adam jest całkowicie pozbawiony kapłańskiej gęby, co nie jest częste w jego środowisku. Łączy też bezwzględną wierność etyce chrześcijańskiej i Kościołowi z krytycyzmem wobec działalności niektórych jego ludzi. Nie pada na kolana, w proch czołem przed purpurową szatą, ale przez Bogiem i człowiekiem. Biskupi i kardynałowie na aprobatę muszą sobie zasłużyć (Jan Gordziałkowski).

 

Ks. Boniecki a Tygodnik Powszechny

Dziś ks. Adama wszyscy kojarzą z Tygodnikiem Powszechnym. A jak było 55 lat temu?

Pewnego razu, podczas spotkania ze studentami, w salce katechetycznej nad zakrystią u św. Anny w Krakowie, młody, ambitny Ksiądz Redaktor Adam Boniecki spytał, co sądzimy o Tygodniku Powszechnym. Zaległa krępująca cisza – jak zwykle w takiej sytuacji. Ktoś bąknął:

– Tygodnik Powszechny, to jest czasopismo…

– Czy jest potrzebne? Użyteczne?- nalegał prowadzący.

– Taaak, dobrze się nim myje okna, jest miękki.

– Lepszy od Trybuny – ktoś inny dodał.

– Ja tam trochę piszę, – szepnął z zażenowaniem Ksiądz Redaktor (Barbara Handziuk).

Spotkania u Turowiczów

DA św. Anny nie miało żadnego zaplecza. Studenci za dnia „urzędowali” to w przedpokoju biskupa Pietraszki, to w kancelarii parafialnej. Gdzie jednak można swobodnie podyskutować? Ks. Adam wynajmował sublokatorki pokój u pp. Turowiczów i tam zaczął zapraszać do siebie studentów, co Turowiczowie tolerowali z anielską cierpliwością.

Spotkana odbywały się. w każdy piątek po wieczornej Mszy świętej, czyli mniej – więcej około dziewiątej wieczorem. Adam kupował żółty ser (wtedy najtańszy), przygotowywało się kanapki i zaczynało się spotkanie, które trwało około dwóch godzin. Ale czasem penitenci zatrzymywali ks. Adama po Mszy. Penitentów odprawić nie można, ale i studenci nie mogą czekać pod drzwiami. Więc bywało, jak opisała Barbara Handziuk:

Pewnego razu, w pierwszy piątek miesiąca część osób uczestniczyła w wieczornej Mszy św. Pod koniec Mszy św. Adam wychodzi z konfesjonału, podchodzi do mnie i wyjmując klucze mówi półgłosem:

„Ten jest od zamka górnego, a ten od dolnego. Ja tu jeszcze zostanę. Dasz sobie radę? Acha, ser jest w lodówce.”

Do dziś pamiętam miny starszych pań klęczących obok mnie.

U Turowiczów czytaliśmy Ratzingera „Wprowadzenie do chrześcijaństwa”, Danielou „Bóg i my”, Wilkanowicza „Dlaczego i jak wierzę” a lekturze towarzyszyły zawzięte dyskusje. A potem, dla odprężenia, ks. Adam czytał „Rekreacje Mikołajka” Goscinnego i Sempego, „Opowiadania o Leninie” Zoszczenki.

I nawet nam do głowy nie przyszło, że to może być dla gospodarzy „nieco uciążliwe”. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza że zawsze byliśmy przyjmowani jak najbardziej oczekiwani goście.

Pan Jerzy rzadko wychodził ze swojego pokoju, a kiedy się to zdarzało, cichutko przemykał korytarzem z nieśmiałym, ciepłym uśmiechem i głębokimi ukłonami skierowanymi w stronę pań. Natomiast Pani Anna uczestniczyła w naszej kuchennej krzątaninie. Obowiązkowo przygotowywaliśmy kanapki z żółtym serem i herbatę, czasem trafiało się do pokrojenia jakieś ciasto lub inne smakołyki. Pani Anna – nieodłącznie z papierosem – siadywała z nami i w rozmowach na różne tematy, poznawała nas i nasze sprawy, którymi była żywo zainteresowana. Znała większość z nas, przynajmniej z imienia i czuliśmy się u niej, jak w domu rodzinnym. Jej serdeczność przetrwała lata (powinnam napisać, że aż do śmierci, czyli do 2000 roku), mimo że ostatnie i największe spotkanie w „Lenartowiczówce” odbyło się 9 kwietnia 1972 roku, kiedy żegnaliśmy ks. Adama, wyjeżdżającego za granicę. Wtedy, w to niedzielne popołudnie, zjawiliśmy się u Adama i tym samym u państwa Turowiczów, w liczbie stu sześćdziesięciu ośmiu osób. Pomieściliśmy się. (Genowefa Malik)

Wychodząc z mieszkania Turowiczów rozchodziliśmy się małymi grupkami. Proszono nas, abyśmy zachowywali się cicho, tuż obok znajdowała się komenda Milicji Obywatelskiej. Były to czasy, gdy z sejmowej mównicy grzmiał I Sekretarz PZPR towarzysz Gomułka: „Redaktorze Turowicz! Nie pozwolimy, aby czarna reakcja…”. Telefon Turowiczów był na podsłuchu. Często słyszało się odgłos włączania klawisza magnetofonowego.

Jeśli chcesz…

Tak jakoś jest w Kościele, że duszpasterz, gdy ma do czynienia z młodzieżą, obowiązkowo przywołuje spotkanie Jezusa z bogatym młodzieńcem. I ks. Adam nie mógł nie wykorzystać tej opowieści.

Jezus młodzieńcowi pytającemu „co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?” odpowiedział: „Jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania… oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego!” Dopiero, gdy młodzieniec pytał, o coś więcej, odpowiedział: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!”  Oba razy Jezus zaczyna odpowiedź słowami: „Jeśli chcesz..”  Pełna dobrowolność. Przymusu nie ma.  Chrześcijaństwo nie jest nakazem ani obowiązkiem.  Jest dla człowieka propozycją ze strony Boga.  Aby osiągnąć życie wieczne wystarczy pewne minimum – zachowaj przykazania.  Dalsze propozycje są dla wybranych – jeśli chcesz być doskonały.  Nie ma chrześcijanin obowiązku rozdania wszystkiego co ma ubogim i prowadzenia życia żebraczego.  Ale jeśli chcesz być doskonały… chrześcijaństwo proponuje różne drogi do doskonałości.  Jeśli chcesz…(KU)

Tak zapamiętała Basia Handziuk: Ksiądz Boniecki imponował i skupiał na sobie uwagę. Był młodym, pełnym entuzjazmu i żaru przywódcą. Nie narzucał swojego zdania. Jego znanym powiedzeniem było: „ jeśli chcesz…” – z wyczekującym i trochę ironicznym uśmiechem oraz z charakterystycznym rozłożeniem rąk i pochyleniem głowy.

Czego uczył nas ks. Adam? Uczył myślenia, stawiania pytań i szukania odpowiedzi. Zachęcał do czytania dobrej prasy i dobrych książek. Podpowiadał, czym warto się zainteresować. Na każdy dzień skupienia przywoził stosy książek, z których mogliśmy korzystać, a przy kościele św. Anny działała biblioteka. Zaznajamiał nas z dobrą poezją – i tą religijną (rozdawał tomiki wierszy ks. Twardowskiego, kiedy wcale jeszcze nie był popularny), i tą świecką (Gałczyński – Adamie, czy pamiętasz te niezapomniane wieczory, kiedy słuchaliśmy piosenek Okudżawy w oryginale (!) a Ty, paląc fajkę, czytałeś – i to jak – Gałczyńskiego)?  Dostarczał nam najnowsze numery Tygodnika Powszechnego i zapoznawał ze środowiskiem tego pisma oraz Znaku (Genowefa Malik).

Styl prowadzenia przez ks. Adama dyskusji na różne tematy ugruntował we mnie przekonanie, że zawsze należy dążyć do odkrywania prawdy, ale i też pamiętać, iż  można do niej dochodzić różnymi drogami, co w konsekwencji wymaga uznania prawa innych ludzi do ich własnych poglądów (niekoniecznie zbieżnych z naszymi), a także wymaga trudu zrozumienia ich racji (a nie odrzucania ich a priori). Taką właśnie postawę reprezentował (i reprezentuje do dziś ks. Adam!) i to była najlepsza lekcja mądrej i stosowanej w praktyce tolerancji. Zrozumiałam także wtedy, że jeśli reprezentuje się jakiś pogląd w odniesieniu do danej kwestii, czy dokonuje się wyboru w jakieś dziedzinie, to trzeba stawiać sobie pytanie, w imię jakich racji się to czyni, czyli poszukiwać uzasadnienia, zarówno dla samego siebie, jak i po to, aby wyjaśnić motywy swej postawy innym (Krystyna Kluz).

W polskim duszpasterstwie dominują dwa style:

Styl I – podać naukę Kościoła – w sposób prosty, jednoznaczny, obowiązujący. Tak to jest tak, nie to jest nie. Nauczanie jest takie, albo je przyjmujesz, albo odrzucasz. Nie ma tu miejsca na myślenie, tylko należy zawierzyć Bogu i Kościołowi.  Wszelkie próby dyskusji to znak słabej wiary, to jej podmywanie, sianie wątpliwości, a w konsekwencji – szkodzenie Kościołowi.

Styl II – nie tyle się podaje naukę Kościoła, ile na nią się naprowadza.  Podaje różne argumenty, ale bez stawiania kropki nad i.  Ostatni krok i sformułowanie końcowej konkluzji każdy musi zrobić samemu.  Wtedy wiara nie jest czymś obcym, czymś nadanym z zewnątrz, ale jest czymś własnym, czymś, co się zdobyło samemu.  Podając argumenty, warto przy okazji poinformować o wszystkich kontr-odpowiedziach i wątpliwościach, jakie zgłaszają inni.  Wtedy wiara, zdobyta z wiedzą o tych problemach będzie wiarą dojrzałą, której nie zachwieją krytyki.  Właśnie ten drugi styl jest charakterystyczny dla ks. Adama.

Styl I duszpasterstwa, jak obserwuję, polega na tym, aby inaczej myślących zakrzyczeć, styl II aby przekonać.  Niestety, ten styl II jest ostatnio w defensywie, nie może się przebić, a zwolennicy stylu I, odmawiają racji bytu stylowi II. Smutne.

Szef

Jak się zwracać do ks. Adama? „Proszę księdza”? Można tak w kościele, zakrystii, salce katechetycznej. Na wyjazdach to niewskazane, groziło dekonspiracją grupy. Także i „wujku” się nie nadawało w licznej gromadzie. Więc mówiło się „szefie”. I ten tytuł utrwalił się, był używany także na spotkaniach u Turowiczów, czy gdziekolwiek.

Nie wpływało to na onieśmielenie, które niektórzy odczuwali wobec ks. Adama. Jednego z pierwszych wieczorów, na letnim obozie w Mikołajkach, stanęliśmy w kręgu śpiewając jakąś wieczorną pieśń; nie pamiętam jaką, to nieważne. Chwyciliśmy się za ręce. W łańcuchu powstała przerwa między Adamem a kimś stojącym koło niego. Spytał:

– Czy ja jestem trędowaty?

Nie poszliśmy tego wieczoru wcześnie spać. Wywiązała się długa rozmowa o kapłaństwie, autorytetach, „poświęconych rękach”. (Barbara Handziuk)

Ks. Adam przyciągał do siebie nie tylko tym, że był autentyczny, głęboko duchowy, ale także dzięki wybitnemu poczuciu humoru. Do dziś wspominamy, jak śpiewał swój słynny przebój:

Przysed chłop do chałupy siad na brzegu stoła,
Rżnął czapką o ziemię i na zone woła:
„ᵘOj zono, zonecko, mam ci ja nowine,
Ze wilki nam zjadły ᵘostatniom krowine.”
„ᵘOj męzu, ᵘoj męzu, nie darujwa tego,
Pójdziewa na skarge do wilka starego.”
Idzie chłop za stodołe, a tam wilków kopa.
Mówi jeden do drugiego: „zjedzwa tego chłopa.”
Kiedy chłop usłysoł takie pikne hasło,
Uciekoł do chałupy, jaz mu w krzyzach trzasło.

Warto też przypomnieć Kazanie o pokusie, wygłaszane miękką intonacją kresową, z „ł” przednio-językowym (przed samogłoskami praktycznie jak „l”), z pochylonym „e” np. w słowie morze (=morzy) itd.

Oto ono:

Człowiek pewien wybudował sobie willę nad brzegiem morza.
Wszystkie okna willi wychodziły na morze.
A morze, jak cichy baranek miękką łapką kusi:
– Człowieku, przejedź się po mnie – jachcikiem.

Człowiek wypływa.
I nagle – cichy baranek zmienia się w ryczącego LWA!!!
Rozszalało się morze, ogromna fala przewraca jachcik.

CZŁOWIEK GINIE!!!

Resztką sił dopływa do brzegu. Tam leży bez życia przez dwie godziny.
Potem wraca do willi i mówi:

– Zamurować wszystkie okna wychodzące na morze!!!

Tak i my, najmilsi bracia i siostry, pamiętajmy, że należy wystrzegać się pokusy.

Dykteryjki Księdzaadamowe:

– Był telefon do księdza proboszcza.
– Kto dzwonił?
– No, ta, tam, tego…
– Może kuria?
– Ja takich wyrazów nie używam.

– Czy jest cacao?
– Proszę pana, mówi się „kakao”.
– I jeszcze proszę keres.
– Proszę pana, mówi się „ceres”…
– O curwa, ale kyrk!

 

Trzeba być jak chleb

Chrześcijaństwo wyraża się nie poprzez słowa a poprzez czyny. Ks. Adam pytał nas: Jakie są nasze czyny?  Co takiego robimy?  Wypełniamy studenckie obowiązki?  Ateiści też.  Czy nie należy czegoś więcej?

Pierwszym zaangażowaniem było wysyłanie paczek do O. Mariana Żelazka, polskiego misjonarza w Indiach.  Akurat w jego okolicy nastały nieurodzaje, był głód i misja przychodziła z pomocą.  Za paczki, nadsyłane nie tylko przez nas, były liczne podziękowania.  Trudno mi orzec, czy nasz udział w tej akcji cokolwiek poprawił w tamtejszej sytuacji, ale tak czy owak, uczyło to nas, że jakkolwiek zdaje się nam, że jesteśmy nędzarzami, wobec Zachodu, jakkolwiek narzekamy na naszą codzienność, ogromna ilość ludzi na świecie ma nieporównanie gorzej i nie możemy pozostawać na ich los obojętni. O. Żelazek w 2002 był kandydatem do Pokojowej nagrody Nobla. Dziś jest kandydatem na ołtarze.

Inną inicjatywą była pomoc w budowie kościołów podczas letnich wyjazdów. Łagiewniki Wielkie, Pisarzowice, Kurów Suski, Myślachowice…

Udało się też Adamowi włączyć studentów w wolontariat pomocy chorym. Zaprosił panią Hannę Chrzanowską, która utworzyła i prowadziła w naszej diecezji (przy aprobacie i wsparciu ks. kard. K. Wojtyły) duszpasterstwo chorych. Ona uczyła nas świata chorych od podstaw – jak należy i jak można im pomagać. Niektórzy studenci mieli swoich stałych podopiecznych – bywali u nich przez cały rok, zawiązały się znajomości i przyjaźnie nieraz na całe życie. Inni uczestniczyli doraźnie w różnych akcjach. Co roku w czerwcu (zawsze w czasie letniej sesji egzaminacyjnej) odbywały się w Trzebini rekolekcje dla chorych. Organizowano kilka turnusów i trzeba było „obsadzić” je studentami, którzy służyli wszelaką pomocą (oprócz tej fachowej). Jeździliśmy co roku (na dzień, dwa, kilka dni albo tylko parę godzin – zależnie od możliwości) i wracaliśmy zawsze przepełnieni dziwną radością, choć stopień kalectwa, dramatyzm sytuacji, z którym się spotykaliśmy, był czasem porażający. To było jedno z najważniejszych doświadczeń tamtego okresu. Ks. Adam też tam bywał – często w podwójnej roli – i rekolekcjonisty, i pomagającego.

Utworzyła się też grupa księży rekolekcjonistów, którzy byli szczególnie oczekiwani i przyjeżdżali do Trzebini co roku. Należał do niej zawsze pełen humoru, o. Leon z Tyńca. Prawie na każdy turnus „wpadał” też, choćby na chwilę, ks. kard. K. Wojtyła, znany z bardzo dobrego kontaktu z chorymi i witany przez nich z wielką radością (Genowefa Malik).

…Wtedy to usłyszałam kapłana, który z autentyczną żarliwością przybliżał postać wybitnego artysty malarza, który wstrząśnięty nędzą bezdomnych postanowił, jak Chrystus, dzielić ich los. Przytoczone wtedy słowa Brata Alberta – „ …trzeba być jak chleb, który leży na stole i każdy może ukroić sobie, ile potrzebuje …” – stały się dla mnie drogowskazem, wówczas jeszcze nie wiedziałam, że na cale życie. Dotarła do mnie prawda, że aby żyć Ewangelią, „trzeba być jak chleb ”.

Kiedy poznałam osobiście ks. Adama mogłam się wielokrotnie przekonać, że prawdę głoszonego słowa potwierdza życiem – zawsze gotów pomagać tym, którzy pomocy potrzebują (Jadwiga Konarzewska-Kracik).

Będziemy księdzu przeszkadzali

W każdym duszpasterstwie liczono się z inwigilacją przez SB.  U św. Anny jednak zachowywano się tak, jakby owa inwigilacja nie miała miejsca.  A bezpieka niezbyt długo zostawiała nas w spokoju.  Zaczęto wzywać ks. Adama na przesłuchania, przepytywano, namawiano, straszono.  Adam przyjął na początku taktykę perswazji.  Przekonywał funkcjonariuszy, że działalność DA leży w dobrze pojętym interesie PRL.  Ludowej Ojczyźnie przydadzą się ludzie uczciwi, nieprzekupni, rzetelni specjaliści, na których można polegać.  Nie prowadzimy żadnej działalności spiskowej, nie zajmujemy się polityką, nie prowadzimy agitacji przeciwko ustrojowi.  Staramy się dać ojczyźnie wzorowych (na ile to możliwe) obywateli.  A władza naprawdę nie ma się czego obawiać z naszej strony.

Z początku wyglądało, jakby nie wiedzieli, jak zareagować na takie dictum.  Zachowywali się, jakby niezdecydowanie, zapewne czekali na decyzję kogoś wyżej.  Wreszcie decyzja zapadła.  „- Będziemy księdzu przeszkadzali” – bez ogródek oświadczono Adamowi na kolejnym przesłuchaniu.

Zaczęto szukać „haków” na Adama.  Według klasycznych wytycznych, a więc najlepiej, jeśli uda się wykazać uwikłanie księdza w jakiś romans.  Po jakimś czasie któryś z agentów spisał się na medal.  Doniósł, że czas, jaki Adam spędził u pani Chrzanowskiej może sugerować, że między nimi zachodzą relacje intymne.  Bezpieka bezzwłocznie spróbowała Adama postraszyć.  Było to komiczne, jak nam potem Adam relacjonował.  Zapytał się mianowicie, czy spodziewają się, że ktoś w to uwierzy oraz, czy oni sami w to wierzą.

Esbek machnął ręką: „- No, rzeczywiście, biorąc pod uwagę, jakie ma ksiądz możliwości…”  I sprawa się zakończyła (KU).

Po prostu Adam

Początkowo z Adamem byli „na ty” taternicy z Klubu Wysokogórskiego. Później do nich dołączyli absolwenci, aż pomału tyle osób przeszło z Adamem na ty, że i reszta w ogromnej większości automatycznie też przeszła.

Wspomina Izabela Kobuszewska:

W 1974 roku trafiłam do Duszpasterstwa Akademickiego św. Anny w Krakowie.

I tak pewnej niedzieli, tuż pod koniec akademickiej Mszy św., zobaczyłam poruszenie w ławce i usłyszałam: – „O!!! ADAM przyjechał!!!! Zostajemy po Mszy”.

Na schodach, pod kościołem, zebrała się duża grupa młodych ludzi. W pewnej chwili dziewczyny „rzuciły się”, z wyrazem wyraźnego uwielbienia, na wysokiego, szczupłego mężczyznę. Ubrany był sportowo i miał koloratkę (co zobaczyłam później, przy powitaniu). Stałam sobie z boku i przyglądałam się temu zjawisku i zupełnie nie wiedziałam, o co tu chodzi. Zagadnięta przeze mnie najbliższa dziewczyna na moje pytanie:

– Z kim one się tak wylewnie witają?

Odpowiedziała: – No jak to, z ADAMEM!!!!

Cóż, pytałam dalej: – Z jakim ADAMEM???

To pytanie prawie odjęło jej mowę. Usłyszałam: – Jak można nie znać ADAMA Bonieckiego!!!!!!!!!

I żeby było całkiem śmiesznie, zapytałam ją z niedowierzaniem; – Czy to ten sam ADAM Boniecki, który pisze w TP???

– Oczywiście, że tak – usłyszałam od starszej koleżanki.

I w taki oto sposób znalazłam się w gronie szczęśliwców, którzy od czasu do czasu mogli i mogą spotykać ks. A.B.

„Tygodnik Powszechny” był zawsze w naszym domu. Czytałam artykuły podpisywane „Adam Boniecki” i często zastanawiałam się, kto to jest i dlaczego jego teksty są „inne” i ciekawsze. Mimo że pozbyłam się archiwalnych egzemplarzy TP, zachowałam wśród „moich skarbów i pamiątek z dawnych czasów” jeden egzemplarz z 30 czerwca 1974 (rok XXVIII nr 26/1327), w którym na pierwszej stronie znajduje się artykuł pt. „Miasto ludzkie – dla ludzi”. Myślę, że nawet dzisiaj czytając ten artykuł niewiele osób odgadłoby, że autor jest księdzem. Nie wspominając już o poruszonym w nieszablonowy sposób temacie, stylu itp., itd.

Przewieszka

Pod koniec lat sześćdziesiątych Adam zaniechał taternictwa. I już tylko legenda opiewała jego wspinaczki. Z tej legendy pochodzi „Przewieszka” czyli „mrożący krew w żyłach reportaż oparty na taternickich sukcesach Adama w Klubie Wysokogórskim”. Czytać należy głosem radiowego sprawozdawcy sportowego.

– Mogę iść?
– Możesz iść!
– Idę!
– Chodź!
– Idę!

To Adam poszedł atakować przewieszkę.
Adam idzie sprawnie w górę…
Adam dochodzi do przewieszki…
Adam wchodzi w przewieszkę…
Adam zaczyna pokonywać przewieszkę…
Adam jest już w połowie przewieszki…
Adam osiągnął ¾ przewieszki…
Jeszcze chwila i Adam wyjdzie ponad przewieszkę…

???!

Zaraz…

GDZIE jest przewieszka?…
Gdzie jest ADAM?…
?

(na mel. „Kozak” Stanisława Moniuszki)

Spod przewieszki zwisa lina
Wiatr jej szarpie końce,
Ginie Adam w obcej stronie,
Gdzieś zachodzi słońce.

Ginę, ginę, w obcej stronie,
Śmierć mi oczy tuli,
Proszę ciebie moja miła
Donieś to matuli.

 

Alba za pieluszki

Agnieszka Zalewska wspomina jak ks. Adam chrzcił jej syna, Andrzeja. Po chrzcie przyjęcie… spory „spęd rodzinny”, w szczególności wśród dzieciarni był też kilkumiesięczny Jacuś. Plastikowa torba z pieluszkami Jacusia trafiła na stolik w przedpokoju, i jak się potem okazało, tam też trafiła podobna torba z albą księdza Adama. Po chrzcie Adam wpadł do nas tylko na chwilę, bo zaraz potem miał jeszcze jakąś inną posługę sakramentalną. Jakaż więc była konsternacja, kiedy po jego wyjściu mama Jacusia, szukając pieluszek, znalazła albę! Z pieluszkami nie było problemu, bo Jacuś skorzystał z zasobów Lidki, ale zachodziliśmy w głowę, co zrobi Adam, kiedy odkryje zawartość swojej torby. A wtedy nie było telefonów komórkowych i nie wiedzieliśmy też, gdzie odnieść albę… Skorzystaliśmy na tej pomyłce, bo późnym wieczorem przyszedł Adam po swoją albę… Spędziliśmy bardzo miły, długi wieczór na ciekawej rozmowie.

Ten co się inaczej modli

Barbara Handziuk opisała:

Minęło chyba ponad 20 lat, gdy będąc wychowawczynią kolejnej ósmej klasy wybierałam się z młodzieżą, przed zakończeniem nauki, do Częstochowy. Taka była tradycja w tej szkole. Trudność nie polegała na tym, że oficjalnie nie mogłam tego zrobić. Wystarczyło zapisać w dokumentacji: „wycieczka krajoznawcza Szlakiem Orlich Gniazd”. Z różnych przyczyn „nie mieliśmy” księdza, który by z nami pojechał. Poszukałam więc ratunku u Adama, który był akurat w Polsce. Niechętnie się zgodził, widać było, że miał bardzo napięty harmonogram. Ustaliliśmy, że przyjedzie na Jasną Górę bezpośrednio z Warszawy wprost na koncelebrowaną mszę. Młodzież go nie znała. Kilku stojącym obok mnie w straszliwym tłoku wskazałam, wśród kilkunastu celebransów, postać Adama. W pewnym momencie słyszę szepty:

– No, który to, który?

– Nie widzisz? To ten, co się tak inaczej modli.

Dobrze, że są tacy dziwni księża, którzy się INACZEJ MODLĄ i że nie przechodzi im to z czasem.

Rozpoznawanie duchów

Duch Św. to Paraklet, Obrońca, który za nami oręduje u Ojca, który stara się ocalić to, co dobre w nas. Diabeł przeciwnie, to oskarżyciel, oszczerca. który usiłuje wykazać, że człowiek jest zły, wyolbrzymić zło, bagatelizując dobro, lub mu zaprzeczając.

Kto stara się zwracać uwagę na dobro, które jest w człowieku, do tego dobra apelować, kieruje się Duchem św. Kto zaś stara się zdemaskować człowieka, jako złego, podkreślając, co w nim złe, osądzając go i potępiając, ulega złemu duchowi.

Można to zilustrować konkretnym przykładem:

Kto patrząc na zdjęcie ks. Bonieckiego w towarzystwie Nergala-Darskiego, skomentuje je: „czyżby początek nawrócenia satanisty” jest pod wpływem Ducha św.
Kto zaś skomentuje w stylu: „znowu ks. Boniecki promuje satanistę” ulega raczej podszeptom złego ducha i ktoś taki nie jest wiarygodny.

Zwierzchnicy kościelni, którzy tolerują księży wypowiadających głupoty, albo co gorzej, siejących nienawiść, Księdzu Adamowi zabronili wypowiadać się w mediach, poza Tygodnikiem Powszechnym. Bo, nie oglądając się na osoby, głosił prawdę niewygodną. Prawdę, która niejednego w oczy kole.
Tym więcej zobowiązuje to nas, którzy korzystaliśmy z jego posługi duszpasterskiej, byśmy dobry owoc przynosili i nim świadczyli o wartościach, które ksiądz Adam swą działalnością wnosi do Kościoła.

 

comments

Leave a Comment